ZUBRY
Powieść na tle dziejów Skawiny z czasów Husytyzmu w Polsce /fragment/
Stary Maciej Radwanic, Zuber, jak pogardliwie nazywano młynarza, po krótkiej drzemce z wieczora zbudził się i leżał na swoim posłaniu, wymoszczonem skórami niedźwiedzia, w alkowie przytykającej bezpośrednio do młynicy miejskiego młyna, na którym stary Zuber siedział dzierżawą.
Był to zamożny obywatel, właściciel domu, wprawdzie drewnianego, jak wszystkie w mieście, ale za to największego na rynku. Przodkowie jego już od kilku pokoleń siedzieli dzierżawą na trzech pod miastem położonych królewskich młynach, obecnie nieczynnych, do których stary Maciej przyłączył dzierżawę młyna miejskiego położonego w obrębie warownych murów miasta, gdzie czasem po pracy urzędowej na ratuszu lubił spędzać wolny czas, dozorując tem pracę swych synów. Bowiem po ojcu swym Grzegorzu odziedziczył godność ławnika, członka dwunastu dziedziczonych rządców miasta. Ławnicy dzieląc co roku pomiędzy sobą godność burmistrza, porządkiem rzeczy jego na bieżący rok obdarzyli tą godnością, którą przyjął i był z niej dumny. Jednak wolał swój zawód, który dawał mu pękate wora białej mąki i garncami mierzone czerwone złoto, które namiętnie gromadził. Mimo tego tego urząd sprawował sumiennie, chociaż go męczył. To też nie dziw, że korzystając z wolnej chwili od urzędowania szedł do młyna niejako na wypoczynek.
Leżał teraz na swem łożu i w mroku nocnem wsłuchiwał się w dochodzący go za ściany miarowy klekot pytli i groźny poszum wody, która uderzając o przegrody kół młyńskich ryczała i chlapała pianą. Podłoga i ściany alkowy powodowane siłą odśrodkową obracających się ciężkich kamieni młyńskich drżała, a drobiny sypały się ze ścian i pułapu na jego łoże. Od leżenia kości go bolały srodze, przewracał się na posłaniu. Stękał, wreszcie poznawszy że na resztę nocy sen nie sklei mu powiek, wstał i usiadłszy na łożu wsparł stopy na ubitej glinie klepiska podłogi, po której drżeniu wyczuwał sprawność kół, obfitość wody, wydajność pracy kamieni i pilność synów zajętych we młynie.
A miał ich sześciu i jedną córkę, którą wydał za kmiecia osiadłego na „Zagrodach” w pobliżu dzierżawionych przez niego młynów, na ziemi nadanej mu przez Benedyktynów w Tyńcu jako za przemiał ich zboża. Dwóch najstarszych umieścił w okolicznych młynach. Jednego na Czartoryi w Księstwie Zatorskim, a drugiego „Podgórkami” na granicy Tyńca, gdzie stary zbudował mu nowy młyn, do którego użyczyli mu wody ze swego stawu zakonnicy. Trzeciego zaś Macieja oddał do zakonu Benedyktynów, gdzie przybrał nazwisko Skawiński. Miał z tem niemało kłopotu, zachodu i trudu, w czem pomagał mu nawet sam król. Bo chociaż dobrze urodzony, herbowny, przecież jako pracujący w młynarstwie uważany był za plebeja i dlatego musiał go w końcu poprzeć dwoma garncami czerwonych złotych, za którymi ciężko wzdychał.
Trzej najmłodsi, Michał, Wincenty i Bolek pomagali ojcu we młynie, których myślał osadzić na dzierżawionych młynach. Wprawdzie Michał ukończywszy nauki u Benedyktynów w Tyńcu nie wiele wykazywał ochoty do zawodu przekazywanego mu przez rodzica, to też stary nieraz rozmyślał czy nie udało by mu się uzyskać dla niego jakiegoś zaszczytniejszego stanowiska w społeczeństwie miejskim.
Pradziadowie jego pieczętowali się herbem Radwan. Za Bolesława Śmiałego liczna ich rodzina chadzała z królem na boje. A jeden z nich nawet, zasłaniając króla, poległ pod murami Kijowa. Obdarowani hojnie przez Szczodrego władcę, po upadku monarchy we walce z możnowładcami, zubożeli wnet, w końcu osiedlili się na dzierżawie jako młynarze zatracając stopniowo wojenne tradycje.
Przez mieszczan nielubieni, ponieważ posądzali jednego z ich przodków o zdradę św. Stanisława, który jakoby miał wskazać Boleszycom królewskim kierunek ucieczki świętego przed gniewem króla. Czy było to prawdą trudno na to odrzec, Sami o tem nigdy nie wspominali. A złośliwi twierdzili, że tylko ten był powód, że stary Zuber syna swego Macieja oddał na księdza. To tylko było pewnem, że w półskrzynku starego leżał pergamin szlachecki, oraz przywilej z pieczęciami na prowadzenie młynarstwa w promieniu piętnastu mil naokoło Skawiny potwierdzony przez szereg panów krakowskich aż do obecnie panującego Władysława.
Stary pilnie strzegł swego przywileju i zawodu. Nie zdarzyło się jeszcze nigdy aby obcego dopuszczono do ich społeczności. Nawet zięciów woleli osadzać jako zagrodników, aby chociaż pośrednio nie wpuścić kogoś spoza swego rodu do młynarstwa. Służyli jednak swym panom wiernie, płacili bez szemrania wszelkie nakładane na nich daniny, to też nic dziwnego, że Kazimierz Wielki osadzając miasto na prawie magdeburskim w roku 1364, jego ojca, starego Grzegorza obdarzył godnością dziedzicznego ławnika, po którego śmierci, on jako spadkobierca odziedziczył ten zaszczytny urząd w mieście.
Jednak mimo piastowania dziedzicznie tak wysokiej godności w mieście przez Radwaniców, mieszczanie kuso patrzyli na młynarzy, nazywając ich ich pogardliwe Zubrami. Pospulstwo zaś, biedota i komornicy pod pretekstem świętobliwej moralności mieniąc ich zawsze spólnikami zabójcy świętego nie szczędzili im dodatkowego określenia ich rodu: Zdrajcy. Chociaż źródło niechęci u większości mieszczan do zamożnych obywateli tkwiła gdzie indziej. Zazdrościli im białej mąki, dostatecznego odzienia, wreszcie stosunków z dworem królewskim i Benedyktynami w Tyńcu, jako panami miasta. Gniewało ich, że musieli opłacać Zubrom za przemiał ich zboża we młynach królewskich do których rościła sobie pretensję jedna z mieszczek, a już najbardziej oburzało to, że nawet młyn miejski położony w obrębie murów miasta, powołując się na swe przywileje wzięli w swoje władanie.
I byliby się już nieraz rozprawili zbrojnie ze „zdrajcami”, gdyby nie obawa prze ustosunkowanemi młynarzami z któremi zwada nie wiedzieć do czego by doszła, zwłaszcza, że odmawiając dotąd wszelkich danin tak staroście jako i dworowi, popadli z władzami w ciężki spór. Tylko temu, że regularnie płacili dziesięcinę Benedyktynom byli przez nich chronieni. Jednak czuli, że to nie długo wystarczy, ponieważ starosta kołatał o dworu aby w mieście ustanowić urząd wójta któryby objął wszelką jurysdykcję na wzór innych miast osadzonych na podobnym prawie, a opłaty sądowe dzielił między siebie starostę i króla. Jednak mieszczanie opierali się temu powołując się na swój kazimierzowski przywilej, którym wszelkie prerogatywy przyznane były dwunastu dziedzicznym ławnikom. Zuber wiedział o tem, a nawet sprzyjał zabiegom starosty mając nadzieję, że uda mu się na ten nowy urząd osadzić swego syna.
Jednak teraz nie myślał o tem stary. Wiedział, że nim do tego przyjdzie, jeszcze dużo wody przez jego młyny przepłynie. Głowił się teraz jakby uchronić miasto przed sfanatyzowanemi bandami wyznawców niedawno spalonego na soborze w Konstancji mistrza Jana Husa, którzy pod wodzą osławionych rycerzy łupią kościoły i miasta wszędzie narzucając swój obrządek...