Smok

Powieść z zamierzchłej przeszłości na tle legendy wawelskiej /fragmenty/



ŚLADAMI TYNU NA GRODZISKU
W TYŃCU
Tyniec, TynTyniec, TynTyniec, TynTyniec, TynTyniec, TynTyniec, TynTyniec, TynTyniec, Tyn

Po prawej stronie Wisły, dwie godziny drogi od Wawelu w górę rzeki, na wyniosłem wzgórzu, otoczona od południa i północy niedstępnemi moczarami, od zachodu zaś podmywanem wartkim strumieniem Wisły stała prastara siedziba możnej rodziny Starżów, Władyków ziemicy Chrobackiej położonej po tej stronie Wisły.

Ogromne zabudowania z modrzewia i dębu, opasywał niekrztałtny czworobok wysokiego wału, wybudowanego z kamienia przysypanego ziemią, a na nim tkwił gęsty częstokół by chronić mieszkańców Tynu od niespodziewanego nieprzyjaciela i dzikiego zwierza. U bramy z ciężkich dębowych brusów, otwieranej tylko wtedy jak ktoś wchodził lub wychodził z Tynu, czuwała dniem i nocą, uzbrojona w łuki i oszczepy, bronzowe siekiery lub rzadko będące jeszcze w użyciu żelazne ciężkie miecze straż, która swe rysie spojrzenia słała śladem grzbietu pagórka, którem wydeptana świeciła swą golizną gliny i kamienia, jedyna droga ginąca w ciemnym borze odwiecznego lasu.

Ród gęsto rozsiadły w okolicy, po wydmach zwanych słobodami i mozolnie wykarczowanych siołach wzdłuż Wisły i jej dopływach, patryjarchalnem zwyczajem słowiańskiem wybudowane mieli tu spichrze do zsypki zboża, magazyny żywności, skarbiec klejnotów lub drogich sprzętów oraz mieszkanie naczelnika Rodu.

Tutaj schodzili się na radę starsi, tu zapadały uchwały o zakładaniu nowych siedzib i stąd wyjeżdżała zaprzężona w białego i czarnego wołu co roku socha, do oborania nowego sioła, czyli „siała” to jest miejsca obranego pod uprawę rzepy i konopi. Tutaj wreszcie kryli swój dobytek przed najazdem wroga i stąd bronili swojego mienia i życia z za silnej palisady.

Otoczeni od południa i zachodu niedostępną puszczą, od północy zaś szeroko rozlaną i nie łatwą do przebycia Wisłą, nie pamiętali też młodzi by wróg nawiedzał ich strony i tylko starzy czasem wspominali te czasy kiedy trzeba było kryć się za palisady Tynu i stamtąd gromić niegodnego napastnika.

Tyniec, Tyn

Naprzeciw nich za Wisłą rozsiadł się gęsto Ród Jaksów, Wyżej Toporów, a niżej Porajów i Bogorji, który jako że z jednego pnia swój ród wiedli, mieli swego władykę na grodzie we Wiślicy, z któremi Starżowie w wielkiej żyli przyjaźni, dając im często za żony swe dziewki lub te dla siebie przywozili. Nie różniąc się mową ani zwyczajami, a mając wspólne wierzenia i cele, nie mieli też potrzeby wrogo przeciw sobie występować, to też wśród pokoju i zgody dobrobyt po osadach rozwijał się coraz bardziej, a po wydmach i łysych górach wyrastały gęsto osiedla, a sioła coraz bardziej wciskały się w odwieczną puszczę i rok po roku wydzierały przyrodzie urodzajną ziemię pod siew zboża, by służyć pracowitemu plemieniu.

Co rok latem kiedy soki najbardziej krążyły w drzewie zbierali się dorośli mężowie pod wodzą starszych rodu i uzbrojeni w siekiery, oszczepy i łuki szli w puszczę, aby przedtem już przez naczelnika rodu oborane sochą miejsce przysposobić pod nowe sioło. Obrąbywali oni konary drzew, łupili korę odwiecznych pni, wycinali krzewy i wyczekawszy aż to wszystko uschnie, zapalali aby tym sposobem oczyścić pole pod nową uprawę. Oczyszczone pole w ten sposób ogradzali żerdziami, aby zasiewy ustrzec od dzikiego zwierza, a wewnątrz budowali dom w którym osadzali jednego z pomiędzy siebie aby z rodziną obrabiał pole i pilnował plonu.

Tylko to miejsce którego granice oznaczała starszyzna „zagonem” to znaczy, zostało oborane sochą przez naczelnika rodu i starszych rodzin, koniecznie sochą ciągnioną przez wołu czarnego i białego była w użyciu mieszkańców tam osadzonych przez starszyznę, a reszta za „zagonem” była „cudo” czyli cudzą. Tam też tylko były uprawne pola pojedynczych rodzin, zasiane żytem, konopiami lub rzepą z których część oddawano do wspólnego użytku do Tynu. Grunt jednak był własnością całego rodu i tylko uprawiany był przez rodzinę tam osadzoną ponieważ osobistej własności nie znano i tylko oręż mógł być dziedziczony. W miarę jak sioło rozrastało się w osadę przybywało więcej gospodarstw, starszyzna przydawała takiej osadzie jeszcze miejsce na „roki”, gdzie odbywały się sądy na winowajców, obok zaś „uroczysko” poświęcone bogom i „zgliszcza” gdzie palono i grzebano umarłych lub tracono przestępców.

Taka osada czy gmina dla siebie zamkniętym społeczeństwem pod przewodnictwem starców, którzy posiadali tradycje rodowe, sekreta rolnicze i tajemnice obrzędów religijnych, z resztą nie podlegali nikomu. Władyka na Tynie czyli Tyńcu jak go później nazywano był tylko tytularnym ich władcą, coś jakby widomą głową całego plemienia, a który dopiero w razie orężnej potrzeby brał w ręce kierownictwo obrony, nie mieszał się wcale do rządów i nie pobierał od mieszkańców żadnych danin, sam zaś obowiązany był czuwać na wspólnem dobytkiem złożonem jako „narzaz” i „osep” na wypadek nieurodzaju, wylewu wody lub napadu nieprzyjaciela, w spichrzu na jego grodzie.

Część religijna mieszkańców okazywana była w całopalnych ofiarach i wyrażana była w obrzędach, praktykach i gusłach. Wyobrażano sobie bożków, lecz nie tworzono bałwanów, ani też nie budowano dla nich świątyń. Babie i łyse góry, a na równinach święte bory i gaje służyły na przybytek bóstw. Kamień olbrzym lub pień drewniany okolony małemi kamieniami lub ogrodzony palisadą zastępował ołtarze i tu składano „objatę” lub sprawiano obrzędy religijne. Bory i niedostępne moczary zapełniane były we wyobraźni ludu boginkami, strzygami i upiorami, a nie rzadko któregoś z przodków pokutował duch we wilku lub innym drapieżniku, który rozzuchwalony wyrządzał nieraz dotkliwe szkody osadzie, ponieważ poznany w nim przodek ochraniał go przed zagładą.

Pod progiem każdego domostwa mieszkały najważniejsze bóstwa słowiańskie, jak: Żywie i Marzanna, a które wciąż toczyły ze sobą bój, bo Żywie chciało dla rodziny robić wszystko co dobre, a Marzanna znowu źle. Na każdą noc umyślnie do tego sporządzonych naczyniach stawiano dla nich pożywienie, a zwłaszcza mleko i miód, a żadnemu z mieszkańców domostwa nie wolno było stanąć lub siąść na progu albo używać go do jakichkolwiek robót. Zwabione, przez stawiane na każdą noc mleka, węże zaskrońce, które zwydrzone łatwo dostępnym łakociem gromadnie obsiadały każde domostwo, uważano za istoty bądź to miłe bogom, bądź też, za przemienione w ich postać jakieś opiekuńcze bóstwo. Żaden też, za nic w świecie nie uśmierciłby płaza, bojąc się by przez to nie ściągnąć na siebie strasznego nieszczęścia, którego pewnie nie poskąpiło by mu bóstwo, zamieszkałe w ciele wstrętnego gada...


* * *

... Młodzi ludzie z kruszami soli na ramieniu przebyli prędko przestrzeń od bramy do lipy i u stóp Juga ułożyli skarb. Ucałowawszy starca w rękę, stanęli kołem skromnie i opowiadali doznane przygody.Władyka siedział nieruchomo, oczyma wodził po niedźwiedziu, to po hałasującej czeredzie dzieciaków tak, jakby go to nic nie obchodziło co mówią młodzi. Dopiero kiedy porządkiem rzeczy zaczęli opisywać widziane u groty Bojana Jaksy przedziwne łodzie i nieznanych ludzi podniósł głowę i przeciągle popatrzał na nich.

Rośli o garbatych nosach i wysokich czołach?! - pytał coś ważąc w głowie.
Tak! I szerokich barach! - dodał jeden.
Gorze nam! Znam ten lud! Bo widywałem ich we Wiślicy, gdzie gościli ciągnąc ku wschodowi, to... Normandowie!
Blady powstał i rzekł rozkazująco: Zwołać wszystkich z łowów!
Skoczyli w dźwierze domostwa i za chwilę każdy z ogromnym bawolem rogiem w ręku wybiegli za bramę. Zadrgało powietrze przeszyte niskiemi, to znów wysokiemi tonami trąby. Raz krótkie, to znowu długie tony dolatywały ze wszystkich stron Tynu ...


* * *

... Po odejściu młodych Starżów z nad Wisły, trzy łodzie z Normandami przybiły do ławy piaszczystej u stóp wzgórza. Ludzie z nich na brzeg i rozglądnęli się uważnie po otoczeniu. Zbadali szczegółowo sąsiednie zarośla, stok góry, zajrzeli do pieczary, obeszli do okoła pagórek, wreszcie wymierzywszy krokami wszerz i wzdłuż powierzchnię, powrócili do łodzi i spiesznie popłynęli za prądem wody w dół Wisły.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy naraz w dole rzeki ukazało się mnóstwo czarnych punktów na całej szerokości Wisły. Wolno, stopniowo pokonując silny prąd wody posuwali się w górę rzeki, aż wreszcie wyłoniły się się z oddali kilka dziesiątek łodzi z wysokimi na wodę sterczącymi burtami, szczelnie zapełnionemi mrowiem zbrojnych postaci. Płynęli całą szerokością koryta rzeki otaczając większy statek poruszany wiosłami umieszczonemi wzdłuż boków, przez szereg siedzących ludzi, na którym w środku na podwyższeniu osłonionem od słońca spłowiałą materją w wygodnym krześle siedział mąż odziany w szkarłatną opończę.

Z pod lisiego kołpaka widać było wysokie czoło, oczy bure niespokojnie przeskakujące z przedmiotu na przedmiot, nos garbaty, obwisłe policzki i bezzębne szerokie usta. W plecach wązki z olbrzymiem obwisłem jak flak ku dołowi brzuchu, ręce długie, zakończone krótkiemi a grubemi palcami, na cienkich w stosunku do brzucha nogach, tak że każdemu kto na niego spojrzał przypominał żabę.

Było to normandzki książe Soming, syn jednego z niezliczonych normandzkich „królów” osiadłych na głębokiej północy, którego zwyczajem swoich przodków wyposażył ojciec w statek, łodzie, broń, narzędzia i załogę, i wysłał w świat na zdobycie sobie państwa. Normandowie byli jedynem narodem w Europie którzy posiadali w wysokim stopniu rozwinięte zdolności panowania i był czas, że prawie wszystkie trony obsadzali swemi potomkami.

Słowianie niemający ani w swej religji ani w gminie pojęcia jedynowładztwa, nie byli w stanie wytworzyć silniejszej organizacji państwowej i dopiero najazdy Normandów nauczyły ich składać interesa w jedne ręce. Nie przynosili oni nic ze sobą oprócz państwości, a w niektóre kraje nieznany oręż i narzędzia, a często już dzieci najeźdźców zazwyczaj zapominały rodowego języka i zlewały się z tubylczą ludnością.

Soming niczem nie był podobny swoim ziomkom. Okrutnik, despota, żarłok, przytem o zwyrodniałych instynktach osobnik, załogę swoją traktował jak niewolników, to też ciągle bał się o swoje życie i tylko kilku zaufanych dopuszczał do siebie.

Przepłynąwszy Bałtyk wjechali na Wisłę i żeglując wciąż w górę rzeki nie zatrzymali się nigdzie, ponieważ widocznie dobrze poinformowani o panujących tam stosunkach ominęli lepiej zorganizowane w jedność terytorja i dotarli w pobliże Wawelu.

Ciężko pracując wiosłami z prądem wody płynęli od świtu. Około południa przystanęli koło brzegu by wypocząć i zgotować strawę, a Soming podczas tego wysłał trzy łodzie w górę rzeki pod wodzą najdzielniejszych swoich wojowników Kraka i Raninga podobnych do siebie, tak z postawy, jak i z twarzy, słowem dwaj sobowtóry by opatrzyli okolice, przy czem oznajmił, że jest zdecydowany nie posuwać się dalej i tutaj utrwalić swoją władzę, zwłaszcza, że okolica zdała mu się być dość gęsto zaludnioną, a przy tem obfita w bory pełne dzikiego zwierza. co ważne było dla wyżywienia licznej jego załogi. Wojownicy podpłynąwszy pod Wawel uznali, że przyszła siedziba księcia, godne mogłaby znaleść umieszczenie na jego szczycie, zwłaszcza, że na czas budowy grodu niezgorsze mieszkanie znalazłby książę Soming w pieczarze u stóp góry...


© 2008 Krzysztof Jastrzębski (Jarzbi)
e-mail: jarzbi@wp.pl
GaduGadu 2561733 - status: gg
Powered by Skeletonz, PyEphem