MINCARZ WŁODKOWEJ
Powieść z czasów Kazimierza Jagiellończyka /fragment/
Luty w roku 1455 miał się ku końcowi. Po krótkiej odwilży śnieg po pagórkach znikł i trzymał się tylko po rozpadlinach i jarach. Nastąpiły dnie pogodne i słoneczne, nocami mroźne. Słota i bezdenne trzęsawiska po drogach znikły, wyrównane lodem, pozwalając na bezpieczną i sprawną komunikacje. Ludność która z tytuł swych zajęć zmuszona była stykać się z sąsiednimi osiedlami chętnie korzystała z nadarzającej się sposobności, aby przez opieszałość nie być zmuszoną czekać letnich miesięcy, kiedy upał wypije wodę z kałuż i wyboi aby umożliwić znowu użycie dróg.
To też nie zdziwi nikogo, że jednego takiego dnia, przy końcu lutego, leśną drożyną, na dół po pochyłości wzgórza, zbliżało się od południa w stronę wysoko sterczących ponad wierzchołki drzew potężnych murów i baszt zamku lanckorońskiego, czterech ludzi.Jeden z nich na przedzie, mąż barczysty, z czarną jak kruk brodą, ubrany w łososiowe hajdawery i obcisły, z cienkiego sieraczkowego sukna kaftan, pod którym uwydatniały się wyraźnie wysoka pierś, grube muskuły rąk, z których jedną trzymał cugle konia, a drugą opartą tylcem o kolano, krótką włócznię ze stalowym grotem. Z pod krojem węgierskiem szerokiej delji, podbitem futrem kuny, wystawał z lewego boku krótki miecz, wsunięty w skórzaną pochwę, wiszącą u szerokiego pasa, ubranego żółtym metalem w zawiłe arabeski i zapiętym na dwie rzezane w brązie sprzączki. Przez plecy miał przewieszony z czerwonego sukna sajdak, a u siodła na prost kolana, zwisała mu kusza, z grubą ukręconą z baraniego jelita cięciwą. Obute w żółte ciżmy stopy nóg, uzbrojone długimi ostrogami, umieścił w strzemiona, na których podnosił się co chwila na siodle i poglądał przed siebie pomiędzy drzewa na widne w dali mury zamkowe, jakby sprawdzał czy nie zmylili drogi. Czasem kiedy zanadto wyprzedził swoich towarzyszy, ściągał konia, przystawał a wspiąwszy się w strzemionach oglądał się za siebie. Nie marudź! Pospieszaj! - wołał wtedy na towarzyszy.
Trzej jego towarzysze, gołowąse chłopaki, podobnie do nie go odziani i z mieczykami u boku, szli pieszo prowadząc za uzdy konie, objuczone ciężarem. Na szerokich pasach skórzanych przewieszonych przez grzbiet, zwisały koniom szerokie, płaskie, okręcone słomianą plecionką pakunki, z których jako dłuższe, sterczały z każdego boku ciężkie sztaby żelazne.
Trzymając konie w pysku, prowadzili je po wyboistej ścieżynie, uważając pilnie aby się nie potknęły na wystających korzeniach i spuszczali się w dolinę, gdzie w skrętach toczyła swe wody niewielka rzeczka tworząca granice pomiędzy księstwem Oświęcimia i Zatora a województwem krakowskim.
Zgrzane konie buchały parą, parskały, ślizgały się po pochyłości, jednak mimo nawoływań, coraz wolniej posuwały się naprzód.
Mistrzu! - rzekł jeden z czeladzi. - Należałoby spocząć. Konie coraz ciężej robią bokami, należałoby im się pozwolić wyspać. A i głodne być muszą. Wszak już pewnie pięć mil przeszły z ciężarem... Ustaną, a wtedy chyba sami poniesiemy te blachy.
- Cierpliwości! Zaraz się to stanie. Na dolinie dokąd zdążamy, jest karczma. Tam staniemy na popas.
- Hej, mistrzu! W karczmie nie warto...
- Wszak i nam się należy posiłek...
- A no, niby, ale wiecie ... Włodek...
- Ho, ho. Włodek ? Włodek ci już od dwóch lat zdaje rachunek ze swych sprawek przed Przedwiecznym.
- Jak to? pomarł?
- Ubili...
- Dziw!
- Żeby nie to, nie obrałbym ja tej drogi, chociaż znacznie krótsza. Ale mówią, że teraz już będzie spokój. Bożywoj z Biecza Skrzyński, godny kompan swego brata, siedzi stąd daleko na Grójcu pod Żywcem, skąd pilnuje i łupi kupców ciągnących od Węgier. Kachna pewnie opłakuje śmierć męża.
- Bogać tam opłakuje. Mówią, że jeszcze bardziej łupi... Ale wy pewnie wiecie lepiej.
- Mówią, że ten karczmarz w dolinie, jest w zmowie ze Skrzyńskimi – rzekł drugi.
- Nie marudź! Słyszałeś, że Włodek poszedł do piekła, to baby nie mamy się co obawiać - przerwał mu trzeci – Jedźmy, droga już nie daleka!
Po chwili stanęli na rozległej polanie, gdzie krzyżowały się dwie drogi. Jedna od Skawiny doliną rzeki, potem górą przez Stronie w dolinę Skawy, prowadziła do hut w Suchej, Hucisku i Makowie, a druga prawie pod kątem prostem przecinała tamtą, mając swój początek na zamku w Lanckoronie prowadziła na zachód, w stronę zamku barwałdzkiego.
Na skrzyżowaniu tych dróg, z grubych belek stała wybudowana karczma, obok której stały dwie długie z okrąglaków szopy. Pokryta słomą, o jednym małem okienku ze szybkami oprawnemi w ołów, wyglądała raczej na mieszkanie jakiegoś ubogiego kmiecia czy chłopa, a nie na dom zajezdny, zwłaszcza że szopy wcale nie wyglądały na stajnie. Tylko wiecheć słomy na tyce wysoko sterczący nade drzwiami, świadczył, że to gospoda w której można się posilić, koniom można dostać obroku, a w razie potrzeby posłanie z wiązki słomy na nocleg.
Stali chwilę i rozglądali się ciekawie. Na prawo, na stromej górze, która nagle z polany wysterczała na kształt kopicy, porosłej gęstym lasem, sterczały ponad wierzchołki drzew potężne baszty i mury warownego zamku w Lanckoronie, a na przeciw, na lewo, prawie w tej samej odległości od nich, drugi grozę budzący, osławiony przez swych dziedziców Barwałd, na górze Żarek.
Na jednym siedziba starosty Jana z Brzezia Lanckorońskiego, przedstawiciela ładu i porządku w państwie, na drugim wdowa po rabusiu Włodku Skrzyńskim, drwiąca z króla i jego praw, postrach okolicy. Jeden przynależny do korony katolik i obrońca kościoła chrześcijańskiego, a drugi do księstwa zatorskiego, a na nim gniazdo wyznawców nauki Husa (i nieprzyjacioły Salmatyki, obrazów i tenzury).
- Mistrzu, albo jedzmy dalej – rzekł nagle jeden z czeladników – Lepiej nam gdzieś w lesie odpocząć i konie popaść... a nuż Włodkowe draby tu zabłądzą... - przyczem wskazał na mury Barwałdu.
Przewodnik zamyślił się poczem rzekł: - Mówią, chociaż po jej czynach tego nie znać, że Włodkowa po śmierci męża, aby przebłagać Pana Boga za czyny małżonka, obiecuje szatę mniszą oblec i osiąść w klasztorze do końca żywota...
- Byłby czas, bo inaczej piekło ją nie minie – dodał inny - Jednak jakże będzie z habitem kiedy heretyczka...
- A kto ich tam wie... Zresztą... co nam do tego! My mieszczanie, nam się do nich nie należy mieszać, ani się ich interesami zajmować. Najważniejsze, że jesteśmy głodni, a w lesie oprócz spoczynku nic nie znajdziemy, więc mamy do wyboru tylko karczmę.
Za chwilę stanęli przed domem. Na widok podróżnych karczmarz wyszedł i kłaniając się w pas, wskazał im szopy, gdzie pachołcy wprowadzili konie, zdjęli z nich pakunki, poczem uwiązali je u żłobów pełnych owsa, a sami posiadali na słomie aby wypocząć.
Po chwili posilali się przyniesionem przez karczmarza wędzonem mięsem, przegryzali czarnym chlebem i popijali owsiane piwo. Przewodnik ich upewniwszy się, że ludzie i konie spożywają dary boże, pobrzękiwając ostrogami pchnął drzwi i wszedł do szynkowni.
Duża izba, zajmująca większą część zabudowania, sprawiła na nim jakieś niesamowite wrażenie. Czarne okopcone ściany przyswajały skąpe światło jedynego okienka, że zdało mu się, jakby nagle znalazł się w lochu. Chwilę stał koło dźwierzy i rozglądał się w półmroku, jakby szukał miejsca gdzie usiąść. Po chwili przyzwyczaiwszy wzrok do zmroku, spostrzegł wzdłuż ścian grube ociosane ławy, a na przeciw nich długie na krzyżowych nogach stoły. Postąpił przed siebie i usiadł za stołem na przeciw okna.
Karczmarz stał już za szynkwasem ledwo widny z za szeregu pękatych miedzianych dzbanów, glinianych i cynowych kubków, na tle szeregu drzewnianych beczek, ustawionych na kozłach wzdłuż ściany, w których dnach tkwiły pipy i jakby czekał co rozkaże gość. Przybyły zdjął kołpak i razem z włócznią złożył obok siebie na stole. Delje odpiął pod szyją i spuścił ją z ramion za siebie, a sam odsapnąwszy rzekł:
- Co masz waść do zjedzenia?
- Z jedzeniem, to... nie bardzo... chybaby jajecznicy z kiełbasą każę babom nałagodzić... Jest węgrzyn, jest stary trojak, a dla służby cienkusz wyśmienity... a jeźli wola i korzenie się znajdą...
- Co mi tam napitek! Jeść najpierw waść daj, a potem mów o napitku... Niech będzie jak mówiliście jajecznica, a tym czasem daj tego sera, który tam leży przed tobą i kubek miodu.
Karczmarz nalał cynowy kubek i wraz z misą sera postawił przed nim, a sam wyszedł do czeladnej kazać przygotować żądaną jajecznicę. Przybyły tymczasem brał palcami z misy ser, popijał z kubka i rozglądał się po szynkowni. Co tu w beczkach napitku – myślał – kto tu na tem odludziu to pije? Przecież nawet u naszego sławetnego Łukasza Bandurkiewicza w Skawinie, gdzie omal wszyscy mistrze kunsztów rzemieślniczych się schodzą na kubek, takich zapasów nie posiada się pod ręką.
Po chwili gospodarz wrócił i stanął szynkwasem poglądając z pode łba na gościa. Był to chłop rosły, barczysty, trochę przygarbiony, z rzadką ryżą brodą, z której tu i ówdzie przebijały koszyki białych włosów. Ubrany z niemiecka, w obcisły strój, żółte spodnie i zielony kaftan, zapięty wysoko pod szyją, którego troki wsunął do spodni. Na głowie miał czapkę wełnianą, koloru kaftana, śpiczastą, z długim chwostem, który mu zwisał nisko na plecy. U skórzanego pasa prawie że na brzuchu dyndał mu krótki mieczyk i składany nóż na konopnym powrózku, a na nogach miał płytkie z jałowiczej skóry obuwie, wprawdzie zniszczone, ale za to z długimi nosami zakręconemi do góry.
Nie mogąc się znać doczekać kiedy gość zacznie gawędzić, począł niecierpliwie przestępować z nogi na nogę, krząknął raz i drugi, wreszcie rzekł nieśmiało do gościa:
- Waść, widzę wiezie blachy na zbroję ?
- Ano, tak. Ale skąd wiecie że to na zbroje ?
- Ho, ho, albo to was nie znam? Dyć ten mieczyk u mego pasa to wasza robota... A jaki ? Jak brzytwa... Takiego mistrza jak waszeć, to wszyscy w okolicy znają...
- Mnie się zaś widzi, że was pierwszy raz widzę.
- Hmmm, tak się wam widzi... Ja zaś wiem, że zwą was Grzegorzem Mincarzem, ale to tylko przezwisko, bo zwiecie się Gregor.
- Zgadza się! Przezwisko to mam po mojem ojcu, który pewnie i to wiecie bił pieniądze w mennicy nieboszczyka króla Władysława.
- To pewnie i wy umielibyście robić szerokie grosze praskie?
- Umieć, to bym umiał... ale to do mnie nie należy. Ja wykuwam zbroje dla panów, miecze, groty do spis i oszczepów, halabard i włóczni, a oprócz tego wyrzynam w żelazie, cyzeluję i złocę ornamenty jakie kto sobie tylko życzy.
- Ale pieniądze umielibyście robić ? I z jakimś dziwnem blaskiem oczu wyszedł z za lady, zbliżył się do niego i usiadł naprzeciw na ławie.
- Pieniądze może kazać robić tylko król, jego to prawo...
- Prawo gadacie? Wy co umiecie robić pieniądze, moglibyście także bić niby... król...
- Mylicie się! Za to można się znaleźć we wieży o chlebie i wodzie...
- Jakby złapali!... A jak nie złapią, to co? - zapytał chytrze.
- To grzech, grzech śmiertelny. Trzeba by to odpokutować na tamtym świecie.
- Grzech, Grzech! A kto wam powiedział o takim grzechu pieniężnym?
- Ksiądz
- Ksiądz? Przecież to najwięksi łgarze i rozpustniki. Oni najbardziej lubią pieniądze. Jakby umieli to by pewnie sami robili...
- A wam kto o tem powiedział? - spytał go Grzegorz.
- A także ksiądz.
- Ksiądz, nie wierzę!
- Ksiądz. Tylko, że ten mój ksiądz jest wyznawcą doskonałej nauki, głoszonej przez mistrza Jana...
- Husa?
- Tak
- Ano, nie dziwota. Ale on mnie i tak nie przekona aby robić pieniądze. – To rzekłszy podał mu kubek.
Służebna wniosła i postawiła przed nim dymiącą misę jajecznicy. Nim zabrał się do jedzenia, tętent, krzyki i nawoływania przed gospodą zwróciły jego uwagę, a omal w tej chwili, rozwarły się dzwierze na oścież i pobrzękując zbroją weszło do szynkowni kilku zakutych w żelazo rycerzy. Rzucił okiem po twarzach przybyłych i lekko przybladł. Drżącemi rękami zabrał włócznie, kołpak i delję w jedną rękę, a w drugą misę z jajecznicą i wcisnął się w najciemniejszy kąt izby.
Na środku szynkowni stali: Katarzyna Skrzyńska, w butach z ostrogami, w szyszaku i zbroi, a obok niej znani mu dobrze rycerze rozbójnicy w lśniących zbrojach, Bożywój Skrzyński z Biecza - pan warownego zamku na Grojcu u dopływu Koszarawy do Soły pod Żywcem, dalej Jan Giels - burgrabia podobnego grodu na Wołku oraz nieodstępni towarzysze Włodka rycerze rabusie – Jan Świeborowski, Jurek Stosz i Kawka.